Hasselblad 907X

Wiosnę 2020 zapamiętam na długo – ponieważ w krótkim czasie dane mi było przetestować bardzo dużo obiektywów i kamer. Nie takich – po prostu obiektywów i kamer. Kamer i obiektywów długo przeze mnie wyczekiwanych. Wybitnych. Nieprawdopodobnych. Materiału mam dużo i teraz muszę powoli go Wam przedstawić. Wkrótce przeczytacie testy takich szkieł jak Voigtlander 35 mm f/1,2 III czy Fujinon GF 120 mm f/4 Macro… Zaprezentuję lada moment test kamery Fujifilm GFX 100 z wysokiej jakości matrycą i wiele innych konstrukcji. Wszystko to poukładane na moim testowym warsztacie oczekuje na prezentację. Będzie się działo…. A jednak…

A jednak trafił mi się produkt tak niesamowity, tak świeży, tak wybitny, tak nostalgiczny i bezkompromisowy, a zarazem do głębi kontrowersyjny, że nie mogłem czekać. Wyprzedził wszystkie produkty oczekujące w kolejce. Dodam, że to wyprzedzenie nie odbyło się w stylu „Szybkich i wściekłych” w stuningowanej do granic możliwości Toyocie. To raczej majestatyczne wyminięcie kolejki do Casino de Monte Carlo – Rolls Roycem Silver Cloud III z 1966 roku i podjechanie pod schody w błysku fleszy i wśród pełnych podziwu okrzyków rozentuzjazmowanego tłumu. Jeżeli pomyśleliście, że przesadzam to zaraz wyjaśnię. Jakiekolwiek pełne entuzjazmu słowa nie opiszą tego zjawiska. „Zjawiska”? Tak „Zjawiska” bo słowo „kamera” nie przystaje do tej doskonałości nawet jeśli użyjemy angielskiej pisowni i napiszemy „Camera”. Słowo „Aparat” jest najzwyczajniej nie na miejscu. 

Uprzedzę Was. Z całą pewnością, gdyby nie tytuł, nie domyślilibyście się jaki sprzęt wywołał u mnie takie uniesienie. Ja się też go nie spodziewałem. Tak szczerze – mignął mi tylko niczym śnieżnobiała kreacja Alexandra McQueen`na na wiosennym pokazie Haute Couture w 1997 roku i zniknął w czeluściach pamięci. Niezapomniany, a jednak nierealny. 

Fotografie można powiększać klikając.

A jednak… Jest u mnie. Nie, wyjątkowo nie zakupiłem go od razu 😉 Dzięki uprzejmości Sklepu 6×7 Fotografia Profesjonalna leży na biurku gotowy zaprezentować się Wam w swej nieskończonej, nacechowanej ekscentryzmem, szlachetnej doskonałości. Spoglądam na czarne pudełko, na którego matowym wykończeniu pięknie lśnią również czarne, subtelne napisy podkreślone połyskiem wybiórczego lakieru UV. Tak, nie ma tu krzyczących logotypów, sloganów, zdjęć zawartości pudełka. Jest tylko matowa czerń i maleńkie litery. Już miałem do czynienia z podobnymi opakowaniami. Tak samo zapakowana była porcelana Rosenthal meets Versace. Klasa sama w sobie. Filiżanki kolekcji Medusa, z których nie pije się kawy. Filiżanki dzięki którym, picie kawy zamienia się w niezapomniane doznanie.

Wybaczcie ale piszę te słowa już po teście. Mimo, że powyższe zdania wprowadzenia wyglądają jak wyznania człowieka, który oderwał się od rzeczywistości – to uwierzcie mi – nie jestem w stanie w sposób mniej dostojny myśleć o przedmiocie niniejszego artykułu. To właśnie ze światem designu i mody należałoby go kojarzyć i bliżej mu do dzieła sztuki użytkowej niż urządzenia rejestrującego obraz, a mimo to zespół ściśle technicznych rozwiązań wysokiej klasy i jakość jaką generuje sprawiają, że wszelkie słowa zachwytu mogą mi bez problemu wylewać się na ekran komputera. Nie czuję przesady. Bardziej może niedoszacowanie wynikające z braku właściwych określeń. 

Nim przedstawię Wam przedmiot niniejszego testu zanudzę Was jeszcze jedną dygresją. 

To przedmiot wybitny. Zdecydowanie nie dla wszystkich (podobnie jak Rolls Royce Silver Cloud). Nie można go oceniać podobnie jak nie ocenia się dzieł Salvadora Dali czy Van Gogha. Można o nim myśleć. Można się nim zachłysnąć, można go podziwiać, konstatować z niedowierzaniem, można wreszcie go zapragnąć. Nie można go porównywać do innych produktów rynku fotooptycznego. To byłoby nietaktem. Zresztą, chyba, żaden z produktów rynku foto będących obecnie w sprzedaży, w tak udany sposób nie łączy w sobie ekskluzywnego charakteru, klasycznych proporcji i piękna z jakością i technologią z najwyższej półki. Poza jakością obrazu, daje nam coś więcej. Radość użytkowania… Źle… Radość obcowania z tak skończenie pięknym i dopracowanym przedmiotem będącym kamerą i do tego robiącym tak zadziwiająco dobre fotografie.

Jeśli gonicie za tysiącami zdjęć tygodniowo dla klientów, którzy i tak nie doceniają Waszych wysiłków – możecie tego testu nie czytać. Potrzebujecie, w miarę tanich, doskonale szybkich kamer oferujących wystarczającą jakość i szybkość.  Jeśli jesteście zainteresowani wybitną jakością obrazu i do tego jesteście estetami zwracającymi uwagę na to czym się otaczacie to…. To powinniście poczekać z dalszą lekturą do momentu kiedy nic nie będzie Was rozpraszało, gdy będziecie mogli się skupić i poczuć emocje jakie stały się moim udziałem podczas tego testu. To najtrudniejszy test jaki było mi dane przeprowadzić. Rozpoczęty nieufnie romans skończył się totalną fascynacją. Nie wiem jednak czy nie platoniczną. Na razie walczę ostatkami woli. Opieram się temu zjawisku… Przytaczam kontrargumenty… Czuję, że bezcelowe… Tak. 

To najważniejszy test w ciągu 2-3 ostatnich lat. Chciałbym zapewnić Wam warunki na jakie zasługuje przedmiot testu (bo nie sam artykuł). Najlepiej gdybyście wieczorem, przez nikogo nie niepokojeni zanurzyli się w czeluściach skórzanego fotela trzymając w dłoniach filiżankę do espresso Versace Medusa, a z głośników Vienna Acoustic Bethoven Grand sączyłyby się dźwięki klasycznych utworów Mozarta lub jazzu Jana Garbarka z płyty Officium Novum wygenerowane przez lampowy wzmacniacz Primaluna lub Leben CS 300. Z ogrodu czulibyście powiew morskiej bryzy przemieszany z aksamitną wonią jaśminowca, nieśmiało wpełzającą do salonu. Na Waszych kolanach spoczywałby iPad Pro 12 z wyświetlonym niniejszym tekstem, a w przerwach, w czasie których zbieralibyście siły na przemyślenia i dalszą lekturę, Wasz wzrok przykuwałby pobłyskujący zza rosnących w ogrodzie drzew księżyc. Ogólnie chciałbym móc przekazać Wam coś więcej niż relację z testowania sprzętu. Chciałbym abyśmy wspólnie pomyśleli o przedziwnym przedmiocie tego testu.

Spróbuję przedstawić to tak jak mnie dane było doświadczyć kontaktu z tą kamerą. Dwa czarne pudełka. Elegancko spasowane, sztywne, matowe z połyskującym logotypem. Na pudełku obiektywu lśni duże logo „H” jak Hasselblad. Na większym pudełku z kamerą widzimy logotyp upamiętniający lądowanie na księżycu załogi Apollo 11 w 1969 roku. Jak wiecie astronauci mieli na srebrnym globie różne modele księżycowych Hasselbladów. Aparaty tej marki odpowiedzialne były za dostarczanie fotografii z kosmosu nawet podczas wypraw promów kosmicznych. NASA była im wierna przez dziesięciolecia. 

Wróćmy do pudełka, którego sztywność i faktura naprawdę kojarzy mi się z opakowaniami porcelany Rosenthal meets Versace. Duże 50 w którym „zero” nawiązuje do tarczy księżyca podpisane jest informacją „50 YEARS ON THE MOON”. Po powolnym ściągnięciu pokrywy zauważamy, że wewnątrz, osadzone są w gęstej piance – czarnej oczywiście – pudełko podpisane accessories i trzy części kamery. Tylna ścianka XCD 50 II, korpus (korpus?) Hasselblad 907X oraz pudełko z instrukcjami, nalepkami misji kosmicznych i maska przeznaczona do montażu na matówce klasycznego, mechanicznego, analogowego Hasselblada. W pudełku z akcesoriami znajdziemy gustowny pasek, kabel USB-C i kilka innych drobiazgów. Pod pudełkiem znajduje się ładowarka Hasselblad. To wszystko. Zaglądamy do środka i widzimy, że wyposażone w takie same zaślepki jak stare korpusy Hassela tylna ścianka i korpus 907X są matowo-czarne. Czarna skóra lekko perforowana jest delikatna i cienka. Jest idealnie spasowana. Nie wiem czy to produkt naturalny, może skóra mielona ale pachnie prawidłowo i przywodzi na myśl stare aparaty tej marki. Kiedyś, przed laty kupiłem nowego Haselblada 503 CW. Chromowanego, ale zapach był podobny.

Tu nastąpił moment, który możecie pominąć. Mnie wzruszył. Wzruszył do głębi. Już wyjaśniam. Przed laty gdy jako zawodowiec fotografowałem na diapozytywach aparatami Mamiya RB 67 i RZ 67II, marzyłem o szwedzkim Hasselbladzie. To marzenie w końcu spełniłem kupując Hasselblada 503 CW z magazynkiem A12, uchwytem będącym winderem i obiektywem Planar 80 mm f/2,8. To było piękne doświadczenie. Cyknięcia migawki centralnej brzmiały słodko na tyle, że często na sesje nie zabierałem windera. Praca mechaniki, ostrzenie na jasnej matówce z użyciem kominka i… To najlepsze – sam dotyk chromowanych elementów to było coś skrajnie różnego od kontaktu z do bólu pragmatycznymi konstrukcjami Mamiya. Te czasy to był ostatni – łabędzi śpiew epoki analogowej fotografii. Diapozytywy średnioformatowe z Hasselblada lądowały na skanerze bębnowym i następnie trafiały do obróbki cyfrowej. Jakość niesamowita ale cały proces długi i kosztowny. Z Hassela musiałem przerzucić się na cyfrę. Coś się skończyło. Pełne kół zębatych, metalu przekształconego w precyzyjną mechanikę, zapachu otwieranych przed założeniem do magazynka diapozytywów czasy analoga odeszły w niebyt. 

Gdy sięgnąłem po tylną ściankę CFV II 50C, znowu poczułem w dłoniach ten jakże charakterystyczny konglomerat skóry i metalu. Dłoń wyczuła magazynek A12 a palce automatycznie, szybkim ruchem zdjęły osłonę płaszczyzny…. No tak, matrycy. Wszystko takie samo jak w starych Hasselach! Sięgnąłem po korpus, który z kolei przypomniał krajobrazowo-wnętrzarskiego 903 SWC tyle, że pozbawionego obiektywu. Zdjąłem zaślepkę i błyskawicznie połączyłem w całość. Zatrzaśnięcie jedynie nie było takie do końca wybrzmiewające jak to z dawnych czasów, gdzie komora lustra dawała pewien stłumiony pogłos dźwiękowi tej operacji. W dłoniach poczułem lekką, pięknie, precyzyjnie wykonaną kostkę, którą automatycznie chwyciłem tak jak onegdaj swojego 503 CW. Zapach skóry, chłód metalu, zabójcza precyzja. Obróciłem korpus i przeczytałem na tabliczce umieszczonej na bocznej ściance, znaną już z pudełka sentencję „On the moon since 1969”. 

Podobnie zapakowany w czarne pudełko obiektyw okazał się mniejszy niż używany przeze mnie Fujinon GFX 50 mm f/3,5. Żadnych pokręteł, blokad, przełączników tylko metal i gumowany pierścień ostrości. Zatrzaśnięcie obiektywu w bagnecie znowu wywołało wspomnienia. W moich dłoniach znalazł się gotowy do zdjęć Hasselblad 907X. Nie musicie tego przeżywać tak głęboko jak ja. Być może to głupia nostalgia przypominająca czasy gdy diapozytywy z mojego Hassela robiły furorę wśród drukarzy. A jadnak ów analogowo-mechaniczny urok wbił mnie w głębokie osłupienie. Precyzja wykonania powodowała, że można było przyglądać się kamerze bez końca, ciagle odkrywając nowe detale, nowe przemyślane funkcjonalności, które jeszcze nie mogły przekształcić się w finalne wnioski tego testu. Już byłem zaszokowany. Mniej ujął mnie swego czasu Hasselblad X1D ze swą na wskroś nowoczesną, bardzo praktyczną i minimalistyczną bryłą. Tym analogowym doświadczeniem model 907X kupił mnie już na wstępie. Jednak jako tester szukający prawdy i najlepszego sprzętu dla siebie, musiałem to uczucie stłumić. Musiałem stać się znowu obiektywny. Wszystkie części wróciły na swe miejsca, a ja postanowiłem ochłonąć i przygotować dla Was tylko garść podstawowych informacji technicznych. To świetne otrzeźwienie. Więcej znajdziecie w sieci. Przekażę tylko garstkę danych, aby następnie opowiedzieć Wam czego doświadczyłem testując ten model, a czego wówczas jeszcze nie przeczuwałem…

Hasselblad 907X Special Edition składa się z bezlusterkowego korpusu 907X przeznaczonego do pracy z obiektywami z mocowaniem XCD i ścianki tylnej cyfrowej CFV II 50C, kompatybilnej z kamerami Hasselblad V produkowanymi od 1957 roku. Matryca dokładnie taka sama jak w modelu Hasselblad X1D i X1D II a także Fujifilm GFX 50S i GFX 50R o rozmiarze 8272×6200 pikseli (czyli 50 megapikseli). Kamera rejestruje 16 bitowe pliki z rozpiętością 14 stopni przysłony – .3FR RAW o wielkości 106 MB, pliki JPEG do 22 MB i obraz video w 2,7 K (2720×1530) – jako H264, 29,97 fps. Czasy naświetlania zawierają się w przedziale 68 minut do 1/2000 s dla elektronicznie sterowanej, mechanicznej migawki centralnej, umieszczonej  w obiektywach XCD lub w przedziale 68 minut – 1/10 000 s dla migawki elektronicznej. Synchronizacja błysku możliwa tylko z migawką centralną w pełnym zakresie jej pracy, aż do 1/2000 s. Ostrość ustawiana automatycznie i manualnie. System AF działa w oparciu o 117 punktów. Ostrzenie manualne ma wsparcie funkcji focus peaking i funkcje auto zoom 100 lub 50%.

Pomiar światła metodą centralnie ważoną, selektywną lub punktową. Naświetlanie może odbywać się w trybie pojedynczym i seryjnym, z użyciem wyzwalacza, wyzwalacza interwałowego i z brcketingiem naświetlania oraz bracketingiem ostrości. Tylna ścianka pracuje z szybkością 2,7 klatki na sekundę z obiektywami XCD i 1,5 klatki na sekundę w trybie pracy z korpusami V. Obraz obserwujemy na uchylanym ekranie zamontowanym na tyle ścianki cyfrowej. Ekran dotykowy, ma rozmiar 3 cale i rozdzielczość 920 K pikseli odświeżanie 60 fps pozwala na swobodną pracę dotykową i podgląd ostrości. Ładowanie oraz kontakt z komputerem lub tabletem może odbywać się przez kabel USB 3.0 (Typu-C). Wi-Fi pracuje w standardzie 802.11 b, g, n, a, c, ac. Oczywiście możliwy jest tethering. Obrazy zapisywane sąd dwóch portach Dual UHS-II SD. Zakres czułości od ISO 100 do 25 600 ISO. Wymiary korpusu 907X z tylną ścianką CFV II 50C – 102 mm x 93 mm x 84 mm. Waga z baterią 865 g, a dodatkowo z obiektywem XCD 4/45 P – 1185 g. Tylko tyle i aż tyle – jak zauważycie niewiele tu brakuje. To jednak nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest bowiem jak to wszystko działa.

Wielkość

Od tego zacznę. Aparat z obiektywem 4/45 P jest bardzo kompaktowy. Objęcie go dłońmi powoduje, że w nich znika. Te gabaryty sprawiają, że nagle stajemy przed faktem kolejnej miniaturyzacji. Mniej do noszenia. Minimalistyczny choć cegłówkowaty korpus GFX 50R jest gigantem chociaż nosi dokładnie tą samą matrycę. Automatycznie chwytałem go jak Hasselblada 503 CW z kominkiem, odchylenie ekranu powodowało, że wrażenie było jeszcze bliższe. Tak małe cacuszko z kilkoma przyciskami i jednym pokrętłem zapowiadało albo problemy z interfejsem albo ergonomiczny szok. Wpakowałem cacuszko do torby i poczułem lekkość udając się na poranny spacer. Torba lekko dopasowała się do mnie. Nic jej nie wypełniało, na dnie leżał Hasselblad 907X w wersji limitowanej – matowo-czarnej. Zupełnie niepozorny.

Pierwsze wrażenie 

Dopiero gdy zacząłem spacer i chwyciłem kostkę do ręki zaczęła się jazda. Przecież nasze kamery mają duże gripy. Jeśli ich nie mają to je dokupujemy, chociaż często i tak narzekamy, że są zbyt małe, że nasze palce nie trafiają na przyciski, że zbyt duże, że zbyt małe, że zbyt ciężkie…. Znamy to. Tu tymczasem miałem spacerować z jakże niewygodną kostką. To bez sensu. Tu nie ma gripa, nie ma nadmiaru przycisków, palce mają trafiać jedynie na spust migawki a ten umieszczony jest na przedniej ściance… Wiedziałem, że Hasselbladem dało się fotografować wygodnie, ale i tak często lądował na statywie. Co będzie z tym nietypowym aparatem? Pytanie nurtowało mnie przez 15 metrów, które dzieliło zaparkowany samochód od miejsca pierwszego zdjęcia…

Nietypowa ergonomia

Pojąłem od pierwszego zdjęcia, że „kostkowaty” kształt w niczym nie przeszkadza. Trochę trzyma się ten aparat jak kostkę Rubika. Spacerowałem z dziewięćset siódemką w dłoni, tak – nieco „zawiniętej”. W niczym mi to nie przeszkadzało. Łapałem nie na tym, że nasze kamery bardziej przystosowane są do noszenia jedną, konkretną ręką – co narzuca grip. Tu tego nie ma. Sześcienny kształt trzyma się identycznie – co pozwala na przerzucanie korpusu z jednej ręki do drugiej. Gdy już dochodzi do zrobienia zdjęcia aparat układamy na dłoni, ściskamy drugą, możemy się pochylić lub przytulić go do klatki piersiowej biodra lub brzucha, odgiąć ekran, który jest bardzo jasny i wykonać zdjęcie. Słowem nietypowa ergonomia dobrze się sprawdza i czasami narzuca sposób fotografowania. Ja do korpusu (tylko korpus ma mocowanie statywowe – ścianka tylna nie) przykręciłem dużą platformę Arca Swiss statywu Gitzo i bez problem mogłem stawiać cacko na każdej powierzchni. Nie wypada nie wspomnieć o reakcjach przechodniów… Jesteście ciekawi jakie były? Żadne! Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wyglądałem jak zupełnie niegroźny amator fotografii, który z jakąś zakupioną naprędce w markecie „małpką” próbuje coś sfotografować. To trochę wygląda tak jakbyśmy fotografowali GoPro. Coś małego, nie opatrzonego zabójczymi napisami, cyferkami, które tak profesjonalnie dodają powagi naszym sprzętom. Bez logotypu dużego koncernu. Ot małe czarne pudełeczko. Obiektyw też taki skromny w oznaczenia. Nic nie rzuca nie w oczy. Myślę, że wersja chromowana byłaby odbierana jako jakiś przedpotopowy analog. Też niegroźnie. Do tego robiąc zdjęcia testowe – byle czego – bardzo szybko zmieniałem kadry co jeszcze odciągało uwagę ode mnie i tego co robię. Niesłyszalna migawka oczywiście jest w tym nie rzucaniu się w oczy – bardzo pomocna. Aparat pracował bardzo solidnie i szybko – czym bardzo mnie zaskoczył! Od ujęcia do ujęcia coraz bardziej byłem zdumiony.

Przewidziana dla bezlusterkowców i dalmierzowych aparatów Leica M – torba Como jest bardzo duża dla tego maleństwa.

Solidność działania

Chciałem pisać o szybkości ale to byłoby zbyt proste. Zdumienie nie brało się tylko z szybkości pracy od momentu skadrowania do wykonania zdjęcia… Nie wiem jak to Wam opisać ale praca tym modelem Hasselblada bardzo odbiega od tego do czego przyzwyczaiły nas wszystkie topowe konstrukcje. Przygotowanie aparatu do pracy trwa bardzo krótko. Rodzaj ekspozycji, pomiaru, ISO, parametry ekspozycji wybieramy na jednym ekranie. Całe menu jest bardzo przejrzyste i proste. Nie ma tu żadnych zbędnych funkcji. Nie musimy błądzić w nieskończonych stronach menu. To co jest do ustawienia to rzeczywiście potrzebne i istotne parametry. Wprowadzamy je poprzez klikanie, przesuwanie palcem, szczypanie itd. – jak w smartfonie. Ekran działa szybko, przewija się błyskawicznie i nie zawiesza. Zmiany w działaniu są bardzo widoczne, gdyż dotyczą fotograficznej esencji. Odpowiedni dobór rodzaju pomiaru światła i już kamera pokazuje zupełnie inaczej wyglądający kadr. Dodam, że od razu pojąłem, że mogę w tym aparacie pozwolić sobie na dużą dozę automatyzacji – tak bowiem inteligentnie dobrano zależności pomiędzy czułością, czasem czy przysłoną i rodzajem pomiaru, że łatwo osiągamy poprawnie naświetlony kadr. Kadr, który widzimy na bardzo wyraźnym i jasnym wyświetlaczu. Nie wiem jaką ma jasność ale wyświetlacz Fujifilm GFX 50R okazał się ciemniejszy w jasnym świetle słonecznym. Ciche, pozbawione szarpnięć przymykanie się migawki centralnej w obiektywie to też mistrzostwo świata. Cicho, szybko, skutecznie. Wyjątkowo sprawny balans bieli zupełnie szokuje naturalnością ustawień. Sprawny system AF dopełniał radości z fotografowania. Chciałem szybko zdobyć trochę zdjęć, zachowywałem się jak turysta z dalekiego wschodu, fotografując wszystko ale każdy kadr był technicznie poprawny i ta poprawność nie była okupiona ślęczeniem nad menu. 

System AF

Działa bardzo sprawnie, chociaż obiektyw 4/45 P wysuwa się w całości i nie ma wewnętrznego ogniskowania. Działa z prędkością nieco szybszą niż ta w średnioformatowym Fujifilm GFX 50R chociaż i tam jest wysoce wystarczająca do wszelkich popularnych rodzajów fotografii. Nie jest to błyskawiczne, niezauważalne ostrzenie ale piękny, dobrze widoczny obraz na wyświetlaczu pozwala od razu dobrze wybrać punkt oferujący dobry do pomiaru ostrości kontrast i mamy ustawioną ostrość bez wahań. To bardzo ważne. To wszystko zgrane z ekspozycją daje fotografowanie bez zawahań. Płynne, szybkie i pełne pewności, że wszystko będzie ok. Jeśli czulibyśmy, że lepiej fotografować z manualnym ustawianiem ostrości czeka na nas kilka pozytywnych cech.

Ostrzenie manualne

Odbywa się bez efektu elektrycznego przenoszenia ruchu pierścienia na ostrość!!! Obiektywem ostrzy się jak manualnym szkłem z dość dużym oporem, wyjątkowo precyzyjnie. To najbardziej irytujące, gdy pierścień zachowuje się jakby był jedynie przełącznikiem. Oczywiście mamy Focus Peaking i powiększenie fragmentu obrazu. Nic dodać, nic ująć – świetnie zaprojektowana funkcjonalność. Jeżeli pamiętać będziemy o tym, że to bezlusterkowiec i możemy użyć poprzez liczne przejściówki obiektywu prawie każdej innej firmy oraz używać tylnej ścianki do pracy z manualnymi modelami Hasselbladów to uśmiech sam pojawia się na twarzy. Nawet pomimo początkowego niezrozumienia systemu.

Niezrozumienie systemu

Wynika z faktu, że kamera została pozbawiona możliwości wpływu fotografa na ustawienia kolorystyczne. To co zwykle zajmuje nam najwięcej czasu tu nie odciąga naszej uwagi od fotografowania. Ileż razy zastanawialiście się jaki profil? Portret, krajobraz? Bardziej ostro? Bardziej nasycone kolory? Może mniej nasycone? Może czerń i biel? Tu nie musimy się tym martwić. Firma Hasselblad postawiła na dopracowanie tej kwestii, a wręcz stworzenie zupełnie innego systemu. Trochę tak jak w komputerach Mac, gdzie zarządzanie kolorem jest wzorowe i nic nie trzeba zmieniać. Tutaj podobnie – na nowo stworzono system kolorystyczny i nazwano go – Hasselblad Natural Colour Solution – HNCS. Nazwa mówi wszystko. To co widzimy na ekranie jest tym co widzimy w rzeczywistości. Niesamowite. Na kartach zapisują się idealne kolorystycznie pliki, które następnie możemy poddać obróbce na poziomie tabletu czy komputera z programem Phocus. Aby uzyskać podobne rezultaty w innych aparatach trzeba długo kalibrować aparat i system. Tu mamy to w standardzie. 

Pliki 16 bitowe robią wrażenie, a z tym systemem kolorystycznym zdają się być nad wyraz głębokie, co widać podczas obróbki w oprogramowaniu Phocus. Jest to kolejny plus. Program działa bardzo szybko a interface tego programu jest umieszczony na jednaj karcie co bardzo mi odpowiada. W używanym przeze mnie Capture One muszę takie ustawienia robić samemu – tu wszystko czeka na naszą wolę! Tak czy owak zaoszczędzamy mnóstwo czasu! Plików prawie nie musimy zmieniać. Żadnych myśli o tym aby zmienić nasycenie itd. Wszystko jest idealnie ustawione… Możemy skupić się na obiekcie zdjęć.

Podsumowanie. 

Hasselblad 907X to wyjątkowy aparat fotograficzny. Pięknie wykonany, dopracowany w najdrobniejszym szczególe, nawiązuje filozofią opracowań procesu fotograficznego do filozofii produktów Apple. Szybko, wygodnie, poprawnie. Dziwny mariaż klasyki w najlepszym wydaniu z najnowszą technologią i nowatorskim podejściem do fotografii. System kolorów nieprawdopodobnie neutralny, trafiający w punkt, wsparty zimną inżynierią zaklętą w migawce centralnej, która do procesu fotografowania w cyfrze wnosi o wiele więcej niż znane nam z innych bezlusterkowców liczne tryby pracy migawki szczelinowej i elektronicznej. Brak szarpnięć i drgań. Ciche ekspozycje. To coś do czego szybko się przyzwyczaimy – jak do wszystkiego co dobre. Duże cyfry parametrów ekspozycji na wyświetlaczu i wygoda ustawień dotykowych na wyjątkowo jasnym ekranie pozwalają w pełni kontrolować proces twórczy. Wszystko jest przemyślane ale podobnie jak w bliźniaczym pod względem elektroniki modelu X1D II 50 C było to proste, tak w tym nawiązującym do klasyki dziele inżynierii już nie wydawało się tak oczywiste. Zgranie jest idealne. Wsparcie dla nastawiania ostrości, liczne tryby ekspozycji, możliwość współpracy z korpusami analogowymi… Można by tak wymieniać godzinami. To pięknie wykonany, matowo czarny, ekskluzywny aparat fotograficzny, który w swej pełnej harmonii formie, wnosi powiew świeżości do pracy fotografa ceniącego minimalizm i dizajn. Nie tylko ekscentryczni twórcy doceniający każdy element otaczającego nas świata, mogą brać jego zakup pod uwagę. Hasselblad (nie tylko w tym modelu) pokazuje jak konsekwentne dążyć do technicznej perfekcji. Mnie ten zespół cech łączący tęsknotę za serią V z najnowszą technologią i zabójczą efektywnością działania bardzo przypadł do gustu. Niespotykana forma także. O dziwo jest jednak pewna grupa fotografów, która powinna po niego sięgnąć z całą pewnością. To wszyscy Ci, którzy gdzieś w szafkach mają stare Hasselblady, porzucone na rzecz cyfrowych kamer producentów na S, F, O, C czy N i myślących coraz poważniej nad średnim formatem. Wysokiej jakości obraz stał się teraz szerzej dostępny. Sam pracuję aparatem z tą samą matrycą a jednak to co z niej wyczarowuje procesor obrazowy ścianki CFV II 50 C zupełnie onieśmiela. Myślałem, że obraz jaki oferuje matryca GFX`a 50R to wszystko co można osiągnąć w obrazowaniu Małego Średniego Formatu. Myliłem się. Hasselblad wprowadza jakość obrazu z tej matrycy na jeszcze bardziej naturalny, wyższy poziom. Najgorsze, że to wszystko w tak pięknie wykonanym dziele sztuki użytkowej jakim jest ponadczasowy korpus 907X.

No i na końcu maleńka uwaga. Dlaczego mam rozklinę, chociaż używam aparatu z dokładnie taką samą (tą samą) matrycą!? To proste. Różnica w kolorystyce, balansie bieli i innych ustawieniach jaką oferuje seria GFX w stosunku do „zwykłych” kamer np. poprzednio posiadanego przeze mnie Sony A7R jest taka, że wielu zdjęć nie musimy obrabiać bo to co zaoferował aparat jest świetne. Czasami możemy wykorzystywać pliki JPG prosto z aparatu! Zaoszczędzamy czas na obróbce. Zabawa suwaczkami w wywoływarkach RAW właściwie nie ma miejsca. Ostrość też jest rewelacyjna. Skoro tak – zauważycie – to po co myśleć o marce Hasselblad… Ano właśnie – to co jest w GFX lepsze od innych kamer – Hasselblad dewaluuje, pokazując o wiele wyższy poziom doskonałości pliki wyjściowego. Rozpiętość tonalna jest tak duża, że trudno uzyskać niebo bez szczegółów lub przepalone! Kolorystyka i ostrość powalają. Pliki, które przedstawiam poniżej zrobione są „z ręki”, na półautomatycznym trybie bez żadnej obróbki w programie Phocus. Tak jak wyszły z kamery…. Mam nad czym rozkliniać. Jest przecież identyczny pod względem technicznym ale znacznie tańszy model X 1D II… Na razie jednak sentyment bierze górę. Niestety 😉

O jakości tego obiektywu świadczą takie kadry ja ten – fotografia przez szybę – dodatkowo filtr Rodenstock UV.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *