Adapter TECHART LM EA7 – Leica M na Sony z AF?

Jestem zmuszony zacząć od stwierdzenia, które często padało na tej stronie – ale co tam, muszę! „Żyjemy we wspaniałych czasach”. Jakże inaczej określić sytuację, w której możemy do pełnoklatkowego bezlusterkowca Sony, założyć znany z mechanicznej precyzji i ciekawego obrazowania obiektyw z mocowaniem Leica M i do tego cieszyć się sprawnie działającym systemem AF? 

Wypowiedziane w początku lat dziewięćdziesiątych słowa dyrektora zarządzającego firmy Leica o tym, że AF nie zagości nigdy w obiektywach systemu M, aczkolwiek konsekwentnie i niezmiennie realizowane, lekko się zdezaktualizowały. Na szczęście nie do końca… Dlaczego – „na szczęście”?

Obiektywy do systemu M są bardzo precyzyjnie zbudowanymi instrumentami optycznymi. Metal, szkło i dobrze opracowany projekt optyczny to podstawa solidnej budowy. Ta budowa przyczynia się bezpośrednio do idealnego centrowania poszczególnych elementów. Obiektyw jest niczym skała, nieczuły na zużywanie, upływ czasu, zmienne warunki eksploatacji. To kuszący powód sięgnięcia po te szkła. Kolejnym istotnym powodem używania tych obiektywów we wszelkich bezlusterkowcach, jest ciekawe i wyjątkowe obrazowanie. Podobnie ma się sprawa z obiektywami Zeiss ZM i Voigtlander z mocowaniem M. To szkła precyzyjne, dobrze zbudowane i często oferujące oryginalne obrazowanie. 

Podsumowując: dobra budowa mechaniczna i najlepsza optyka nie są „zepsute”, zmuszającymi konstruktorów do ustępstw implementacjami systemów AF. Są też maleńkie. Co z tego wynika wszyscy wiemy. Obiektywy „puchną”, manualne ostrzenie staje się niewygodne – ruch pierścienia ostrości o milimetry, przemieszcza całe grupy soczewek w sposób błyskawiczny, tworzywo sztuczne, chętnie stosowane do budowy wrażliwych elementów dostaje luzów po roku czy dwóch użytkowania. Fizyki się nie oszuka. Teraz możemy nie tracić nic z jakości szkieł i charakteru obrazowania, ale otrzymujemy dodatkowo system AF ukryty w adapterze/przejściówce z mocowania Sony E na Leica M. Adapter firmy Techart o nazwie LM EA7 to urzeczywistnienie marzeń wielu użytkowników obiektywów z mocowaniem M, podpinanych do wysokorozdzielczych korpusów Sony. 

Niemożliwe stało się rzeczywistością! Obiektywy Voigtlander, Zeiss i Leica z mocowaniem M mogą ostrzyć automatycznie nie tracąc swego na wskroś mechanicznego DNA. Jest dobrze.

Naprawdę jest dobrze. Adapter kosztuje nieco więcej niż świetny i znany z precyzji manualny adapter Voigtlander Close Focus Adapter bo ok. 1500 zł – oferując również bardzo wysoką precyzję wykonania. Całość jest świetnie spasowana i nawiązuje budową do adapterów Sony, które pozwalają na ostrzenie z AF w korpusach A7/9 obiektywami systemu lustrzanego Sony Alfa. Wokół pierścienia bagnetowego i poniżej znajduje się zespół zawierający silnik i elektronikę. Wszystko bardzo solidnie spasowane nie wykazuje żadnych luzów nawet po podpięciu takich szkieł jak Nokton 35 mm f/1,2 czy Nokton 50 mm f/1,1. Graniczna wagą obiektywu, której nie powinniśmy przekroczyć jest 700 g. Adapter waży 133 gramy.

Moduł mieszczący elektronikę i silnik wystaje nieco w dół – należy o tym pamiętać.

Tak małe urządzenie może nie wzbudzać zaufania swoimi gabarytami czy wagą ale solidność wykonania, a nade wszystko precyzja spasowania złącza bagnetowego zarówno od strony obiektywu jak i korpusu pozwoliły mi w pełni mu zaufać. Żaden z posiadanych przeze mnie obiektywów nie zrobił na adapterze „wrażenia”. Żaden nie obciążył bagnetu na tyle silnie, aby doprowadzić do pochyłu, luzu czy odchylenia od osi optycznej. Po wpięciu adaptera i założeniu obiektywu nastawionego na nieskończoność, możemy bez problemu przystąpić do fotografowania.

Pamiętać należy o dwóch ważnych udogodnieniach. Po pierwsze – jeśli zdecydujemy się pracować w odległościach mniejszych i ustawimy obiektyw na ostrość w zakresie najbliższych odległości przedmiotowych – adapter dzięki 4,5 mm wysuwowi działa jak przejściówka z opcją makro – pozwalając na większe zbliżenie się do obiektu. Po drugie łączność bezprzewodowa i oprogramowanie do smartfona pozwalają na zaprogramowanie w elektronice adaptera ustawień dla 10 obiektywów co skutkuje między innymi zapisem w plikach informacji EXIF podawanej przez adapter! Przyznacie, że to gruba sprawa. Tu zwracam się do tych wszystkich, którzy focąc Voigtlanderami lub obiektywami Leica M czy Zeiss ZM nie mogli sobie przypomnieć parametrów przy których wykonywali zdjęcie…. Uff. 

Na koniec tego wstępu dodam, że adapter jest tylko ślepą przejściówką bez optyki, więc nie wprowadzając w tor optyczny nowych elementów nie pogarsza jakości obrazu. Solidność wykonania nie powoduje także decentrowania układu więc to także nie pogarsza parametrów obiektywu.

Najważniejsze! Jak to działa? No cóż – działa bardzo dobrze! Nadspodziewanie dobrze. Ostrzy szybko, w każdym trybie na jaki pozwala elektronika i nawet katowanie adaptera takimi funkcjami jak AF z priorytetem ostrości oka nie robi na nim większego wrażenia. Mnie spodobało się zwłaszcza ostrzenie z AF obiektywami o archaicznym, bardzo ciekawym obrazowaniu – takimi jak Nokton 40 mm f/1,4 Classic. Spokojna, nostalgiczna optyka na nowoczesnym korpusie co prawda traci przez AF swój czar w pełni manualnego ostrzenia ale zyskuje niesamowitą skuteczność przy zachowaniu nietuzinkowego obrazowania. Urządzenie jest bardzo sprawne i działa bardzo pewnie, chociaż oczywiście zdarza mu się pogubić w słabym kontraście czy podczas używania dłuższych szkieł, gdzie producent zaleca stosowanie wstępnego nastawienia ostrości i jedynie precyzyjnego „doostrzania”. Według producenta adapter przeznaczony jest do szkieł o ogniskowej nie przekraczającej 50 mm.

Jeżeli chcecie używać pewnych w swej budowie, małych, sprawdzonych konstrukcji z mocowaniem Leica M, a cierpicie z powodu braku AF to ten adapter jest dla Was. Romantyczne kadry z takich szkieł jak seria Classic Voigtlandera i AF na ślubie mogą okazać się możliwe bez większego wysiłku. Dodam, że adapter jest także „zwykłym” adapterem pozwalającym na montaż obiektywów Leica M na korpusie Sony E jeżeli nie włączymy trybu AF w korpusie. 

Czy TECHART to urządzenie bez wad? Niestety nie. Nie ma róży bez kolców. Po pierwsze silnik urządzenia zdecydowanie głośno pracuje wydając zdecydowane „bzyczenie”. Szybkie, zdecydowane ale jednak. Coś jak w archaicznych systemach AF z lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Co ja piszę? Któż to pamięta. 

To nie jest jednak większym problemem, no chyba, że chcecie fotografować na koncercie muzyki klasycznej czy w teatrze (kościele?). Większym problemem może okazać się kompatybilność z posiadanym przez Was korpusem. Leciwe korpusy jak Sony A7, A7S czy A7R i A6000 do 6300 raczej odpadają. Tu ostrzenie jest dramatem. Dramatem na tyle poważnym, że w praktyce dyskwalifikującym zastosowanie tego cudeńka w praktyce. Pamiętajcie jednak o tym, że producent wyraźnie przyznaje, że adapter jest do generacji od II i na korpusach drugiej generacji jest już dobrze. Bardzo dobrze. Jednak na korpusach takich jak Sony A7R III, A7III czy A9 – TECHART pokazuje lwi pazur i naprawdę trudno jest doprowadzić go do błędnego ostrzenia. Oczywiście musicie pamiętać, że ostrzenie trwa dłużej niż przy obiektywach ze zintegrowanymi silnikami ale tu ostrzymy przesuwając cały, ciężki, metalowy obiektyw. Czas jednak nie ma znaczenia jeżeli tylko system AF się nie pogubi i pewnie nastawi ostrość bez błądzenia. Wy zaś w wizjerze zobaczycie ultraciekawe obrazowanie ulubionego szkła, które ucieszy Was tym bardziej, że nie będzie okupione mozołem ostrzenia w trybie powiększonego podglądu.  

Podsumowując. Jeżeli lubicie automatyczne ustawianie ostrości i jego brak dyskwalifikował w Waszych oczach zacne konstrukcje z mocowaniem Leica M – ten adapter jest dla Was. Jeżeli pracujecie pod presją czasu a nie chcecie pozbywać się fajnych efektów jakie daje ciekawa optyka – ten adapter jest dla Was. Jeśli posiadacie najnowsze korpusy Sony – tak – ten adapter jest dla Was. Jeśli jednak bawi Was manualne ostrzenie i aksamitny ruch pierścienia ostrości manualnego Zeiss,a, Voigtlandera czy obiektywu Leica to możecie spokojnie nie wpisywać adaptera na listę planów zakupowych. Jeśli macie starszy korpus – czyli taki jak ja (Sony A7R) też powinniście z niego zrezygnować do chwili zakupu nowszego ciałka. W każdym innym przypadku możecie śmiało się skusić, ponieważ to kolejny produkt, który potwierdza coraz wyższą jakość produktów Made in China. No cóż – „Chińcyki trzymają się mocno!?”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *