Fujifilm GFX 100 – idealny cyfrowy negatyw

U podstaw całej mojej pracy leży dbałość o coś, co kiedyś – roboczo określiłem nazwą „cyfrowy negatyw”. Czasami można się spotkać z takim określeniem, ale ja doszedłem do niego samodzielnie. Po głebokich przemyśleniach jakoś nie mogłem dojść do bardziej odpowiedniej nazwy. Cyfrowy negatyw to w tak naprawdę Nasz oryginalny plik RAW, który otrzymujemy z kamery. Musi on być możliwie jak najwyższej jakości. Niby proste, ale na ową jakość składają się, aż dwa zespoły czynników. Pierwszy „zespół” czynników to to, co możemy zrobić jako osoba fotografująca, aby uzyskać najwyższą możliwą jakość z posiadanej konfiguracji sprzętowej. Niska czułość, statyw, likwidacja drgań, wybór właściwego trybu pracy migawki czy uniesienie lustra (w lustrzankach), przymknięcie do dającej najwyższą jakość dla danego obiektywu wartości przysłony, ustawienie ostrości, odpowiednie oświetlenie, pomiar światła itd. Drugim „zespołem” czynników jest sprzęt, który mamy do dyspozycji… No właśnie. Tu jest już gorzej. Mamy co mamy i niewiele możemy zdziałać więcej. Problem jest złożony. Gdybyśmy bowiem mogli wybrać – co mamy do dyspozycji to… Sami rozumiecie. Mielibyśmy wpływ także na ten drugi zespół czynników, który jest bardzo ważny. To tu znajduje się ostateczna bariera naszych jakościowych wyników. Przy założeniu, że posiądziemy całą fotograficzną wiedzę i zastosujemy ją w praktyce, eliminując wady pierwszego zespołu, sprzęt właśnie – nawet wykorzystany na maximum, nie da nam większej jakości, niż ta, którą dać może. Koniec.

Dlatego właśnie posiadanie najlepszego możliwego sprzętu jest obowiązkiem każdego, kto dba o swój „cyfrowy negatyw”. No dobrze – zapytacie – ale czy aby ta cała nawijka o cyfrowym negatywie, jakości, obowiązku itd. to nie przesada?

Otóż. Chyba nie. Nim jednak wytłumaczę zawiłość kwestii, która okazała się dla mnie bardzo poważna w skutkach i bolesna, nie tylko finansowo, lecz w dużym stopniu moralnie – wytłumaczę, że nie będzie to sprawa priorytetowa dla wszystkich. Całe rzesze fotografów mogą spać spokojnie i ignorować podniesiony przeze mnie problem „cyfrowego negatywu”. Jeżeli np. jesteście fotografem weselnym i Wasza praca w setkach zdjęć trafia do niezbyt wymagającego klienta to ok. Jeśli w studio robicie zdjęcia legitymacyjne, jeśli robicie reportaże z małych imprez lokalnych, fotografujecie sobie dla przyjemności, uwieczniacie chwile spędzone w gronie przyjaciół czy rodziny – nie musicie sobie zawracać głowy sprzętem. A „cyfrowym negatywem” w szczególności.

Jeżeli jednak fotografujecie liczące się osoby, wydarzenia ze świata polityki, reportaże z różnych miejsc na świecie czy konfliktów zbrojnych, wydarzenia sportowe, sesji mody, architektury czy przedmiotów – słowem zawsze tam, gdzie jest wymagany od Was profesjonalny poziom prac, powinniście sobie zagadnieniem „cyfrowego negatywu”, zaprzątać głowę i to zdecydowanie. Na ogół mamy w takich przypadkach do czynienia albo z niepowtarzalnością chwili, albo trudnością powtórzenia, albo skomplikowaną i drogą produkcją zdjęć – bo nawet fotograf podróżnik może nie mieć już okazji przyjechać w dane miejsce lub nawet jeśli przyjedzie, może je zastać zupełnie innym! Czyż fotograf portretowy nie uwiecznia polityka czy celebryty w tym dokładnie momencie jego życia, i ten już taki sam przed obiektyw nie powróci. Czyż godzi się na sesję, której organizacja kosztowała dziesiątki tysięcy wziąć pośredniej jakości sprzęt? No raczej nie!

Tu dochodzimy do sedna. Powinniśmy szanować swoją pracę! Nie tylko ze względu na siebie, lecz także ze względu na klienta i… No właśnie ze względu na szacunek dla medium, jakim jest fotografia. Czasami „pykając” swoje fotki, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że za kilkadziesiąt lat mogą one być bezcennym świadectwem naszych czasów. Ba. Czasami my się zmieniamy i chcemy powrócić do zdjęć sprzed lat, które nagle okazują się zwyczajnie słabe technicznie. Wówczas ucieszy nas jak najlepszej jakości „cyfrowy negatyw”. Jeżeli będziemy taki posiadać! Niektórzy posiadają.

Dam Wam przykład. Oglądając prace wielkich fotografów takich jak chociażby Helmut Newton czy Albert Watson wielokrotnie zastanawiałem się, jak to się dzieje, że ich prace z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych są tak ostre i dobre technicznie. Widziałem duże powiększenia i byłem zaszokowany, wiedząc co dawały filmy srebrowe. Tak tylko nie brałem pod uwagę faktu, że pracowali na najlepszym możliwym sprzęcie z oświetleniem, którego za berlińskim murem nikt nie widział. Jeżeli robiło się sesje na drobnoziarnistym negatywie w formacie 4×5 cala, to do tej pory skanując taki negatyw, jesteśmy w stanie wykonywać dowolne powiększenia. Można sięgać do archiwum takich twórców i wybierać ciągle nowe prace – nawet takie, które do obiegu nigdy nie trafiły. Ich jakość jest wysoka.

Ja zetknąłem się z tym problemem na tyle boleśnie, w swej praktyce zawodowej, że nie chcę przerabiać tego ponownie i nie życzę tego komukolwiek – dlatego zawsze to przekazuję w rozmowach z fotografującymi. Nie popełniajcie mojego błędu…

Nie znając totalnie najlepszego sprzętu cyfrowego, jaki ma do zaoferowania rynek, nie wiedząc wówczas nic konkretnego – wynikającego z praktyki – o wyrobach Leica, Phase One czy Hasselblad żyłem w przeświadczeniu, że obfita szklarnia obiektywów „L” i korpusy Canon dają to, co najlepsze. Posiadając „elki” z zakresu 16-200 mm (w tym wszystkie ultrajasne stałki), które kosztowały dużo, żyłem w przekonaniu, że moja firma ma profesjonalny sprzęt. Miałem kiedyś Mamiyę RB i RZ 67, miałem Hasselblada 503CW i Contaxy z optyką Zeissa, ale to było w czasach „analogowych”. Tamta jakość się zdewaluowała. 

W 2009 roku miałem okazje pofotografować aparatem Sony Alfa 900 z obiektywami Zeissa. Różnica była tak duża, że Canona i wszystkie „L”-ki sprzedałem w ciągu tygodnia, zakupując obiektywy Zeiss z mocowaniem Alfa i body Sony Alfa 900. Radość jaką dawał ten korpus, nie sposób opisać. Ostrość zdjęć, zniewalała. Jakość zdjęć była znacznie lepsza, niż tych z Canona. Znacznie. Obsługa systemu i ergonomia także. Do 2010 roku fotografowałem w firmie właśnie tym sprzętem. Potem okazało się, że coraz więcej kręcimy filmów, a Canon usprawnił model 5D o możliwość nagrywania w 24 klatkach. Sprzedałem Sony, aby nie dublować sprzętu i powróciłem do Canona. Okres 2011-2014 to lata „stracone”. Zdjęć z tego okresu mam bardzo mało. Zdjęć, które technicznie byłyby dosknałe. Ciągle mogę sięgać do zdjęć z czasów Alfy 900 i Zeissa, a do tych z Canona nie. Trochę zmienił zakup obiektywów manualnych ZEISS z mocowaniem Canon EF. Już było lepiej, ale matryca Canona nie chciała się zmienić. Jak tylko pojawiły się korpusy Sony A7R oferowane z obiektywami ZEISS – zaryzykowałem i kupiłem taki korpus od razu. Potem wraz z eksploracją bezlusterkowców przyszły miniaturowe, ale doskonałe szkła systemu Leica M i Voigtlandery z tym samym mocowaniem. Fotografie były już bardzo dobrej jakości. Mogę ciągle do nich sięgać i są ok. Tego wątku – wpadki z Canonem nie zapomnę nigdy. 

A jednak jak tylko średni format przybrał formę ogólnie dostępnego korpusu, jakim jest Fujifilm GFX 50R – od razu skorzystałem z możliwości podniesienia jakości. Wszystko w trosce o negatyw cyfrowy, który powinien być jak najlepszy. Ostatnio przeprowadzony test kamery Hasselblad 907X, która pracuje na tej samej matrycy, a daje jeszcze wyższą jakość obrazu, kazał mi zrewidować poglądy. Czy aby to wszystko co można zrobić, aby mieć optymalną jakość?

To pytanie samo nasunęło odpowiedź. Jeszcze nie w pułapie ceny zaporowej, jaką ciągle oferują dla polskiego rynku takie kamery jak Phase One, mamy przecież model Fujifilm GFX 100. Matryca tej samej wielkości co w Hasselbladach X1D II czy 907X oraz w Fujifilm GFX 50 S i R tylko wyższa rozdzielczość. Pokusa sprawdzenia tego sprzętu – mnie jako goniącego za jakością, nękała dniami i nocami, a ja ciągle odpierałem liczne argumenty. Wiedziałem, że mogę zwątpić. Wiedziałem, że to może grozić zauroczeniem. Jednak po teście przeuroczego, pełnego finezji i tak łatwego w fotografowaniu Hasselblada 907X, nie spodziewałem się szoku. Cóż mnie mogło jeszcze zaskoczyć? Kolejne uświadomienie sobie jak niewiele wiemy o sprzęcie, którego nie spróbowaliśmy w praktyce użyć do fotografowania? Stawałem się powoli obojętny, ale moja zawodowa ciekawość zwyciężyła i w końcu – nieco niechętnie (z obawy przed szokiem), sięgnąłem po GFX 100. 

Aparat, okazał się totalnym przeciwieństwem finezyjnego, pełnego wdzięku i nostalgii Hasselblada. Aparat, który… Okazał się być totalną maszyną do robienia totalnych fotografii i filmów. To „wszystkomające narzędzie doskonałe”. Zabójczo skuteczne, szybkie, precyzyjne i tak do bólu pragmatyczne, że każda chwila fotografowania nim uświadamia nam, gdzie znajduje się obecnie technika fotograficzna. To najbardziej praktyczny, doskonale skonstruowany aparat fotograficzny o najwyższej jakości obrazu w zakresie oczywiście Małego Średniego Formatu. Bezapelacyjnie!

Tu zapewne wielu z Was dopowie, że to można wyczytać i z folderów reklamowych. Dane techniczne są niesamowite na tyle, że te moje wnioski wydają się naiwne. Każdemu nasuwa się od razu szereg wątpliwości. Może i jakość jest wyższa, ale czy warto? Po co takie duże pliki? Ile będę musiał mieć dysków? Jaki komputer obrobi takie RAW-y? Czy zobaczę różnicę? Czy warto inwestować w taki korpus? Itd, itp.

Takie pytania mnie także się nasunęły. Postanowiłem jednak przekonać się samemu. Wybaczcie jednak, że nie będzie to taki normalny, długi test. Nie będę opisywał kartonu ani nawet co w nim poza korpusem dostaniecie. Nie opiszę bardzo wnikliwie danych technicznych, bo te można znaleźć wszędzie. Skupię się na aspektach, które najbardziej zwróciły moją uwagę. Skupię się na nich, gdyż to właśnie one utwierdziły mnie w przekonaniu, że obecnie to najlepszy sprzęt do otrzymywania idealnych „cyfrowych negatywów”, które pozostaną jeszcze bardzo długo aktualne technicznie. Właśnie jako maszyna do produkowania idealnych „cyfrowych negatywów” jawi mi się GFX 100.

Zacznijmy od tego, że jest to aparat niezbyt duży – oczywiście jak na średni format. Korpus pod względem wielkości oraz czucia w ręku przypomina profesjonalną Serię Canona, czyli model EOS 1D, który także ma zintegrowany grip do ujęć pionowych. Korpus waży około 1400 g, co nie jest masą, która dyskwalifikowałaby go do zdjęć w różnych warunkach i lokacjach. To nie jest już monstrum, które możecie zaprząc do pracy tylko w studio. Spokojnie można nim pracować w terenie i to zarówno podczas skomplikowanych sesji, które wymagają mobilności, jak i sesji bardziej stacjonarnych, gdzie kamera jest unieruchomiona. Tak naprawdę nawet fotografowanie tym aparatem w sytuacjach typowo reportażowych nie jest dużym problemem chociaż w tym wypadku wartałoby zapewnić sobie odpowiednio dobrany obiektyw (50 mm bo mały lub zoom aby nie dźwigać więcej). Dla mnie takim obiektywem jest obiektyw 50 mm. W takim zestawieniu aparat jest lekki, przenośny, idealnie wyważony a nadal oferujący bezkompromisową jakość obrazu. Nie przez przypadek zacząłem opis pozytywnych cech od rozmiaru. Jeżeli weźmiemy pod uwagę wielkość matrycy i jakoś którą ona oferuje, otrzymujemy zupełnie nieprawdopodobne zestawienie cech, stawiające ten korpus na absolutnym topie obecnych kamer, które mogą dać odpowiedniej klasy negatyw cyfrowy.

No właśnie – na absolutnym topie. Otóż analizując wygląd, funkcje a nade wszystko jakość jaką oferuje, mogę stwierdzić, że GFX 100 to najnowocześniejszy aparat fotograficzny, jaki istnieje – obecnie, w roku 2020. Nie ma w tym cienia przesady. Właściwie nie znalazłem takiej funkcji, której by mi w tym aparacie brakowało. Raczej zauważyłem nadmiar funkcjonalności, która nawet w profesjonalnej praktyce może okazać się zbyt rozbudowana. Począwszy od ustawień kolorystycznych, profili obrazowych itd., aż do sposobów funkcjonowania kamery w tym bardzo skomplikowanych trybów systemu automatycznego nastawiania ostrości. Tak daleko idącej personalizacji z jaką mamy tu do czynienia, nie spotkamy bodaj w żadnej obecnie istniejącej kamerze. Mnogość funkcji to jednak nie wszystko. W tym aparacie ważne jest także to, że właściwie jest to idealna maszyna zarówno do fotografowania, jak i do filmowania. Tryb rozdzielczości 4K realizowany z pełnej powierzchni matrycy średnioformatowej rodzi zupełnie nieprawdopodobne możliwości. 

W trybie fotografowania, mamy tak naprawdę wszystko, czego moglibyśmy oczekiwać po najnowocześniejszym bezlusterkowcu. Nie przez przypadek podkreślam najnowocześniejszym bezlusterkowcu. Można pominąć kwestię średniego formatu, uznać ją za nie aż tak ważną. Nawet jeżeli byśmy traktowali aparat GFX 100 jako zwykły aparat pełnoklatkowy to i tak znalazłby się w topowej czołówce. Nie przesadzam. Jest to pierwszy bezlusterkowiec średniego formatu, który ma tak rozbudowane funkcje systemu automatycznego nastawiania ostrości. Detekcja fazy oraz detekcja kontrastu dbają o to, aby wielopolowe czujniki systemu realizowały precyzyjne ostrzenie, w tym nawet ostrzenie w trybie śledzącego autofokusa z orientowanego na oko. Aparat pod tym względem działa, być może nie z prędkością najszybszych bezlusterkowców obecnych na rynku, ale z całą pewnością można go porównać do działania systemu automatycznego nastawiania ostrości zaimplementowanego w najnowsze lustrzanki ze średniej półki i dwu-trzy letnie bezlusterkowce. To naprawdę rewolucja. Pamiętajcie, że aparat generuje pliki o wielkości RAW ponad 200 MB. To już nie przelewki.

100 megapikseli to jakość, której nie można sobie wyobrazić, jeśli nie widziało się zdjęć wykonanych w takiej rozdzielczości. To zdecydowanie największy atut tej konstrukcji. Natywna wielkość obrazu z takiej matrycy to rozmiar około 100 na 70 cm! Ten właśnie element najbardziej zainteresował mnie w tym aparacie w kontekście poszukiwania sprzętu do produkcji idealnych cyfrowych negatywów. Rozdzielczość całego systemu wraz z obiektywami jest nieprawdopodobna. Fujifilm obiecuje, że obiektywy dostosowane są do tej rozdzielczości i chyba ma rację. Nie zauważycie strat jakościowych w stosunku do matryc 50 megapikselowych. Po prostu jest lepiej albo jeszcze lepiej. Pracując na co dzień aparatem GFX 50 R, przyzwyczajony jestem do wysokiej jakości plików, ale to co generuje ten korpus, przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. 

Wystarczy tak naprawdę zadbać o dobry materiał do sfotografowania. Wasze cyfrowe negatywu będą miały nieprawdopodobną jakość, która jeszcze przez wiele lat się nie zdezaktualizuje. Ten aspekt najbardziej namieszał mi w głowie. Posiadanie plików, które jeszcze przez wiele lat uchodzić będą za referencyjne, jest wspaniałą perspektywą. To, że otrzymuje się je z kamery na tyle przenośnej jest nieprawdopodobne. Odporność na ząb czasu kryje się jeszcze głębiej w plikach generowanych przez ten korpus. Pliki są 16-bitowe. Jeżeli mieliście okazję pracować na surowych plikach o takiej głębokości, to sami rozumiecie, że połączenie szesnasto bitowej głębi ze 100 megapikselową rozdzielczością, jest zupełnie zabójczym mariażem. Oczywiście takie pliki muszą być duże. Rawy mają objętość około 210 MB. Czy to dużo? Jak na taką rozdzielczość i taką głębię bitową to nie. Pliki nie są tak tragicznie wielkie, aby nie móc ich obrabiać nawet na komputerach przenośnych. iMac z procesorem i5 lub każde nowoczesne wcielenie MacBooka Pro, zarówno 13 jaki 15-calowe dadzą radę. Na sesji wyjazdowej obrabiałem pliki z GFX 100 na MacBook Pro 15 z 2015 r. 

Większym problemem wydaje się dokonanie zmian w całym przepływie pracy. Nie można już zachowywać się beztrosko. Dawniej zgrywałem pliki, nie patrząc na to czy zgrywam je wszystkie, czy wybieram jakąś część. W momencie, w którym zauważyłem, że pojemności dyskowej ubywa w zatrważającym tempie, musiałem wprowadzić modyfikacje w cały przepływ pracy. Postanowiłem dokonywać wstępnej selekcji zdjęć albo w aparacie jeśli będę miał czas, albo tuż po wgraniu na dysk.  Wszystkie zdjęcia nieudane od razu kasowałem. W końcu jedna nienaświetlona obrazem klatka to strata 200 MB. Jeżeli tylko o to zadbamy, to praca z archiwizacją materiału nie jest już dużym problemem, zwłaszcza w aspekcie niskich cen pamięci masowej. 

Musicie pamiętać, że z zainwestowaniem w taki korpus wiąże się także inwestycja w szybkie karty pamięci. Procesor aparatu obrabia dane w niesamowitym tempie, ale możecie ten proces spowolnić, używając kart niezbyt szybkich. Sam używam kart Sony Tough o prędkości 300  megabitów na sekundę i pracę z  tym korpusem, uważam za bardzo sprawną.

Jeżeli tylko zapewnimy sobie logiczny workflow, to sama praca korpusem kamery nie stanowi najmniejszego problemu. Menu aparatu bardzo zbliżone jest do innych konstrukcji koncernu. Nic was tu nie zaskoczy. Bardzo rozbudowana możliwość personalizacji stwarza warunki do uczynienia tej kamery całkowicie dla nas „przezroczystej”, którą da się obsługiwać bardzo szybko i intuicyjnie. 

Najważniejsze jest to, że GFX 100 oferuje bardzo dużą szybkość i skuteczność działania. Spotkałem się z wieloma zdaniami na temat umieszczenia przycisków, czy też kształtu uchwytów. Wszelkich krytycznych uwag pod tym względem tak naprawdę nie rozumiem. Owszem dziwne wydaje się, niepokrycie gripa do zdjęć pionowych gumową warstwą. Jednak w aspekcie tego, że tylko niewielką część zdjęć wykonujemy w pionie, taka uwaga ma mniejszy sens. Uchwyt, zarówno pionowy jaki i poziomy, są świetnie wyprofilowane, wliczając w to także wyprofilowane odpowiednio fragmenty oparcia pod kciuk. Sumarycznie kamerę trzyma się w ręku wyjątkowo wygodnie i nawet duża masa nie jest specjalnym problemem. Myślę, że sama koncepcja korpusu uwzględniająca ukrycie w gripie do zdjęć pionowych dwóch dużych akumulatorów oraz możliwość wymiany celownika, który może być zamontowany przez przejściówkę umożliwiającą pracą pod różnymi kątami i zespolenie tego z tylnym ekranem, który również może pracować w każdym typie odchylenia nawet w czasie zdjęć pionowych to duży plus. Dzięki temu zespołowi cech GFX 100 jest po prostu świetnie przygotowaną do każdego zadania kamerą.

Decyzja o pozyskiwaniu jak najlepszych negatywów cyfrowych to dla mnie podstawa i w tym aspekcie skorzystanie z możliwości jakie niesie za sobą korpus GFX 100, wydają się być naturalną drogą rozwoju. Wspominałem, że cały system jest dobrze przemyślany i skonfigurowany. Uwaga ta dotyczy zwłaszcza ilości dostępnych obiektywów. Każdy z nich z nawiązką obsługuje 100 mega pikseli obrazu. Z systemem nastawiania ostrości aparatu pracuje się znacznie szybciej niż w modelach 50 R i50 S.

Gdybym miał określić dla kogo jest ta kamera, chyba miałbym spory problem. Jest to po prostu bardzo sprawnie działający sprzęt dla każdego rodzaju fotografii. Być może jedynie street i reportaż z ukrycia mogą być to problemem, podobnie jak w przypadku używania dużych korpusów lustrzanek profesjonalnych, ponieważ poruszanie się w takich okolicznościach z dużym aparatem wywołuje zainteresowanie.  Do każdego innego rodzaju fotografii w tym, chociażby krajobrazu, fotografii podróżniczej, komercyjnej, produktowej, portretu, fotografii mody, reklamowej jest to wspaniałe narzędzie. 

Jakość plików onieśmiela i po przejściu z pełnej klatki na system średnioformatowy realizowanym przez kamerę GFX 50 R myślałem, że poprawa jakości i pliki o rozmiarze prawie 50 na 70 cm to szczyt możliwości małego średniego formatu. Myślałem, że mniejsze piksele matrycy modelu GFX 100 nie będą generowały znacząco lepszych zdjęć. Gdybym miał określić różnice pomiędzy fotografiami z matryc GFX 50 R I GFX 100, to określiłbym, że obrazy są identyczne. Dopiero przy powiększaniu ich do wielkości natywnej, czyli stuprocentowego podglądu na ekranie widzimy, że przy tej samej jakości detali obraz jest dwukrotnie większy. Jak przekładać się to może na finalny obraz w druku np. w galeryjnym wydruku wielkoformatowym – spróbujcie odpowiedzieć sobie na to pytanie sami. 

Reasumując. Stworzenie korpusu, który oferuje 16-bitową głębię koloru, 100 megapikseli rozdzielczości matrycy, głęboką personalizację, super szybki system nastawiania ostrości, zaawansowane opcje filmowe i zaawansowaną elektronikę stało się krokiem w kierunku stworzenia kamery idealnej. Właściwie podczas pracy z GFX, nie zauważyłem, żadnych mankamentów. Owszem z dużymi obiektywami takimi jak Fujinon GF120 Makro lub portretowym 110 mm f/2 – całość robi się dosyć duża, ale pamiętajmy, że jest to wielkość zbliżona do dużej profesjonalnej lustrzanki. Canon Eos 1 D z obiektywem 70-200 f/2,8 będzie znacznie większy i cięższy niż GFX 100 ze średnioformatowym obiektywem 110 mm, a przecież to średni format. Nieważne więc jakim rodzajem fotografii się zajmujecie. Jeżeli myślicie o poważnej pracy profesjonalnej, to obecnie na rynku nie znajdziecie bardziej zaawansowanej kamery, która w tej cenie zrealizuje taką jakość obrazu. Są dwu, trzykrotnie droższe modele, oferujące pełny średni format, ale są mniej mobilne no i przy wysokich cenach nie mogą stanowić zagrożenia dla tak zgrabnie dobranego konglomeratu cech, jakim dysponuje GFX 100. 

Fotografowanie korpusem wielkości profesjonalnej lustrzanki, który w prawie każdym aspekcie oferuje najwyższe możliwe parametry techniczne to czysta przyjemność. Celowo w tym artykule nie wymieniam wszystkich danych technicznych. W sieci znajdziecie mnóstwo materiałów. Właściwie to zauważyłem, że szukając jakiegoś rozwiązania lub funkcji znajduję więcej, niż oczekiwałem. Przykładem może być odchylany ekran, który można odchylać także podczas zdjęć w pionie, lub wizjer, który oferuje rozdzielczość przekraczającą 5 000 000 pikseli i odświeżanie 120 Hz. Ostatnio zacząłem zastanawiać się bardzo poważnie nad zastosowaniem tego korpusu do prac filmowych i powiem szczerze, że przy bitrate 400 Mb/s i zapisie 422 w 4K z pełnej matrycy średnioformatowej, przy użyciu jasnych obiektywów wysokiej jakości lub obiektywów kinowych, możemy pokusić się o uzyskanie niesamowitej plastyki. 

Ten aparat wyprzedza w większości nasze oczekiwania. Ma więcej funkcji, niż potrzebujemy. Daje jakość obrazu większą, niż potrzebowalibyśmy, ale to właśnie takie zestawienie powoduje, że tworzone przez nas negatywny cyfrowe mają szansę na długie lata stać się użytecznymi dla nas i dla każdego, kto z naszych negatywów cyfrowych będzie korzystał.

Publikowane poniżej zdjęcia testowe i cały artykuł będą publikowane w numerze 1/20 Magazynu MegaObraz, który jako darmowy PDF (około 200 stron w rozdzielczości na iPad Pro 12 cali) będzie do pobrania już 1.10.2020 roku na stronie portalu www.megaobraz.pl

Więcej o tej inicjatywie w następnym wpisie 😉


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *